Rzym

Cofnijmy się dziś do mojego drugiego Eurotripa, którego w dużej mierze kierunek wyznaczyła wyszukiwarka lotów google. Wymówką by ruszyć w podróż były Targi Genewskie . To tu udało mi się za odpowiednik 100zł przylecieć. Z racji tego, że zbiegło się to z 2 tygodniowym urlopem, postanowiłem nie wracać bezpośrednio do domu. Każde lotnisko ma swoje tanie połączenia, jakie ma Genewa? Nie mam pojęcia, lecz wiem, że mój wzrok zatrzymał się na Rzymie. Tu chcę, tu chcę i to bardzo. Cena? 47 euro. Za lot w jedną stronę, całkiem przystępnie.

Genewa pożegnała mnie widokiem na czterotysięczniki i jezioro genewskie.

Pogrążony w lekturze Bukowskiego nie dostrzegłem kiedy wylądowaliśmy. Myślami kroczyłem już do jak zwykle najtańszego hostelu, jaki był dostępny i aż przechodził mnie zimny dreszczyk myśląc, czym tym razem mnie on zaskoczy. Im bliżej hostelu, tym bardziej wyczuwałem hit w powietrzu. Okolica przestała być ładna, kamienice przestały być kompletne. Mijałem niezamieszkane ruiny budynków, odmówiłem kupna haszyszu od stojących na ulicy „afroafrykaninów” i stałem przed kamienicą, która miała być hostelem. Nieźle, jest cała, są drzwi.

Wchodzę po schodach na 2 piętro, zaraz za drzwiami wita mnie sympatyczny gość, który przerobił zwykłe mieszkanie w kamiennicy na hostel. Kawałek dalej na dywanie leżą dwa rasowe kundelki. Dokonujemy formalności, wskazuje mi kuchnie, następnie łazienki i dwie sypialnie. 2×10 osobowe naturalnie. Wszystko na może 60 metrach kwadratowych.

buona sera

Oto mój pokój, totalny odjazd!!!!

Ściana i księga gości w jednym. Włosi to mają poczucie humoru. Do pokoju wpada jakiś Latynos w koszulce I serduszko Roma. Standardowa wymiana zdań, skąd jesteś? z Polski? Ekstra, to wiem gdzie LEWANDOWSKI LEWANDOWSKI. Pytam go czy podoba mu się Rzym. Czy mi się podoba?? Ja kocham Rzym – odpowiada nadto przy tym gestykulując. Kocham robić zdjęcia, kocham i love it. Strasznie ekspresywny ten kolo…. Masz dziewczynę? – pyta ni z tego ni z owego.

Nie nie mam – odpowiedź. Podróżuję sam. Aha – chrząka. Wiesz bo ja też nie mam dziewczyny, ale, ale, ale mam za to chłopaka. – ups, pomyślałem . No nic, moim kompanem do wyjścia na miasto nie będziesz, a spać będę plecami do ściany. Ktoś jeszcze jest na pokoju?? – spytałem żywiąc nadzieje, że jednak tak. Chińczyk Chilijczyk – wskazuje palcem na pojedyncze łóżka. I pod tobą dziewczyna z Francji. Może nie wszystko stracone – myślę. Wyrzucam zbędny bagaż. To, co drogocenne pakuję do sejfu widocznego na zdjęciu i już mnie nie ma. Ruszam pędem pod Colosseum, chodzę w kółko jak pokręcony, ależ to jest niesamowite!!! Jest późno, wszystko pozamykane, wracam na hostel. Towarzystwo nieco pijane schodzi się około 2 w nocy. Śpię dalej, rano się zobaczy.

Obudziłem się o godzinie 8 rano.

Chwila na ogarnięcie, wychodzę z kamiennicy. Ale brzydka ta pogoda. Siąpi deszcz a temperatura oscyluje w granicach 18 stopni. Czego ty chcesz gościu, czego ty wymagasz od 15 Marca. Bardzo mi się to wszystko nie podoba. Snuję się, szukam czegoś na śniadanie, mijam różne knajpki, to nie, na to nie mam ochoty etc. Dobra, jak faktycznie zgłodnieje, to przestanę marudzić. Wpisuje w nawigację Watykan i kieruję się w stronę metra. Co to za dramat. Miejsc siedzących brak. Miejsc stojących brak. Przepychająca się Azjatka, ciągnie za sobą swoje Azjatątko do metra, to nie nie jest w stanie utrzymać dłoni mamy, ta brnie na przód, gubi dziecko a dłoń z impetem ląduje na twarzy jakieś angielki. She hit me on the face – skarży się się druga. Pierwsza nic sobie z tego nie robi, wraca po 8 letnie Azjatątko i z kwaśno-grobową patrząc w dal jedziemy do Watykanu. Nie było tam słowa przepraszam, nawet w oczach.

Wysiadam

Kieruję się w stronę Placu św. Piotra i po chwili docieram. Szarówka mi już mówi, że zdjęć sobie nie porobię, a kolejka do kaplicy Sykstyńskiej, że nie spędzę na bank tu pół dnia przed kaplicą sykstyńską. Chciałem tam wejść jak cholera, ale tak jak ten plac jest ogromny, tak ogromna jest ta kolejka, która żeby było zabawnie też się kręci w kółko, już zajmuje połowę. Może kilometr? Może pół, ciężko mi to określić. Nie potrafię poradzić sobie z moim humorem. Wychodzę stamtąd, nie mogę więcej patrzeć na tych ludzi i przybierającą na sile kolejkę. Kilka zdjęć szerokokątnym obiektywem, kilka teleobiektywem. Beznadziejny jest na maksa ten drugi i nie potrafię z niego korzystać. Jestem 500 metrów od placu na głównej arterii, zoom w tamtą stronę. Kilka strzałów, włączam podgląd i moim oczom ukazuje się coś, co rozbawia mnie do łez.

mistrzu

Popełniłem takie o to zdjęcie stojąc 400 metrów dalej. Chyba zacznę się dogadywać z tym szkiełkiem, zaczynam chyba rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Właśnie włącza się głupawka i zaczynam strzelać portrety osobą totalnie tego nieświadomym, robiącym selfie. Czuję się trochę jak szpieg, jak bym ich okradał z czegoś.

20171025225125_IMG_9617_1

Tu kolejny strzał tą soczewką.

Watykan

Wreszcie zaczynam się cieszyć tym miastem i dostrzegam coś, co umknęło mi do tej pory.

Rzymskość Rzymu!!! Ależ ten plac jest ogromny, ależ on jest potężny. Mam wrażenie że moje rodzinne Jarkowice są mniejsze, mówimy o wiosce. Kolumny są nieskazitelnie czyste wszystko jest mega zadbane. Podchodzę do gościa który gra na flecie, wrzucam mu do futerału euro i jakieś szwajcarskie pozostałości w postaci monet i pytam czy mogę zrobić mu zdjęcie

Idę poszukać kawy, mijam McDonald przechodzę 5 metrów i mijam? McDonald?!?!? Jak to możliwe.? Nigdy nie widziałem dwóch obok siebie tak blisko. Jest godzina jakoś po 9 rano, a ludzie jak by się dopraszali o trzeci. W stolicy kraju o prawdopodobnie najlepszej kuchni świata. Nie będę sam się wybielać sam, bo zawsze RAZ idę do McDonalda w każdym kraju, bo wszędzie wszystko inne jest, to zabawne jak mocno się to różni w zależności od kraju. Nie prowadzę żadnych archiwów, Ale przysięgam wam na wszystko, na co wypada przysięgać, gdy kilka miesięcy później byłem na Islandii nie byłem ani razu!!! To taki żart dla dociekliwych.

Wracając do tematu. Ja już z kawą w dłoni, uśmiechem na twarzy ruszam w stronę Placu Weneckiego lub Piazza Venezia oryginalnie. Zabawne, ale to chyba naturalny kierunek wszystkich zaraz gdy opuszczą Watykan. Mijam się z tymi samymi ludźmi, żółta kurtka też tu jest. Kolejne WOW. Rzymskość Rzymu. OGROMNY NIESKAZITELNIE CZYSTY PLAC z ładnymi fontannami dwoma eleganckimi strażnikami stojącymi przy pochodniach.

weyiea124 (1 of 1).jpg

20171026001737_IMG_9702-01.jpeg

Im dalej idę, tym większe wrażenie na mnie wywiera to miejsce. Rozmiary tego są niesamowite, styl i rozmach w jakim rozstał ów plac wybudowany… brak słów.Piazza venezia

Piazza venezia

Krok po kroku wspinam się w górę by mieć coraz większy widok na okolicę, jestem ponad kamienicami, by za chwilę się dowiedzieć, że na dach Piazza Venezia może mnie zabrać winda.

Piazza venezia

Korzystam z tego przywileju i ukazuje się mi kolejny cel z nienagannej perspektywy.

20171026003434_IMG_9734-01

Piazza Venezia polecam każdemu, a wejście na dach daje nam panoramę i widok z góry na miasto ile wzrok pozwala. Schodzę powoli w dół i udaję się do Colosseum, symbolu Rzymu, chyba do miejsca najbardziej z Rzymem kojarzonym.

Selfiesticki!!!

Odmawiam jakieś 400 razy kupna selfisticka i robię sobie sobie żarty z akwizytorów lądu czarnego. Wyjaśniam jak to wygląda.

Zazwyczaj taki o to sympatyczny chłopiec pyta skąd jesteś i akurat kocha twój kraj? Polska – aaa ja I love Polska, Polska Wojtyła Lewandowski, brat Pudziana Kup selfistick!! Dla Ciebie za pół ceny, ja kocham Polska, fajf juro bracie, 5 euro. Nie da wam spokoju, podejdzie drugi, czujecie się osaczani, a po moich niedawnych przygodach w Barcelonie mam lęk, że działają we dwójkę i drugi wyciąga mi portfel. Nie chce się tak czuć!!!!! Wydaje nam się, że o naszym kraju mało kto wie, a spróbujcie powiedzieć że jesteście z Tajlandii lub północnej Korei. Nie wiedzą co się dzieje, przedstawiciel handlowy z 5 gwiazdkami i krzyżem kawalerskim w sprzedaży selfisticków otwiera buzię, szuka jakiegoś słowa w tym języku, albo jeszcze najpierw zastanawia się w jakim języku się mówi. Cudowna sprawa. Zaczyna jednak po angielsku. Ty odpowiadasz I no englisch , kcim ciam cium łabaki, hakan lachacha harakiri. I nie zapomnijcie ugiąć kolana jak macie powyżej 1.70m wzrostu. Po takiej akcji śmiejecie się oboje a on wie, że nic nie sprzeda. Można spokojnie przejść na angielski i pośmiać się z wkrętu.

Drugim

sprawdzonym sposobem by nie być jeszcze niemiłym, jest odwrócenie sytuacji. Nasi dostawcy selfisticków szukają zawsze punktu zaczepnego do rozmowy, spędzają cale dnie na ulicy, znają się na butach okularach aparatach plecakach, generalnie posiadają 15 x większą wiedzę o turystach niż nam się wydaje i w 15 sekund odróżniają kto jest kto.

Podaje przykład: Człoooowiek, zajebisty buty ja kocham te buty, mój model. Zamieniamy się więc rolami i zaczynam to ja mu sprzedawać moje buty, Bracie skąd jesteś. Liberia, kocham Liberia, Bracie mój, bracie ty mój bracie, dajesz 100 euro i ja wyskakuje z butów teraz dla Ciebie bracie. Normalna cena 400 dla Ciebie 100 Bracie I love your country bracie. Wady takiego zachowania? Możecie po prostu kiedyś sprzedać swoje buty i trzeba wracać na boso, zalety? Uśmiejecie się po pachy.

Wokół Colosseum kreci się tych gości najwięcej na świecie. Są uciążliwi. Nie da się inaczej, musicie niestety być czasami niemili by się ich pozbyć. Rozmawiałem z wieloma osobami na ten temat, większość nie chce być po prostu niemiła i dają się osaczać.

Do środka udało mi się dostać bez większej kolejki, tam pokręciłem się po tym obiekcie do końca dnia, po czym udałem się do hostelu, bo nogi wchodziły do tyłka.

Hostel

Jest cała ekipka i jest zabawnie. Chińczyk przebywa w europie od 2 lat na Erasmusie w Stuttgarcie i ma plan zwiedzić Włochy w ciągu tygodnia, całe. Dziś był w Rzymie, jutro pakuje walizki i jedzie pociągiem do Neapolu pojutrze Florencja, ja mu podpowiadam jeszcze Pizę, to może jedyne miasto które nadaje się na dzień z miast Włoskich. Wbijanie pinesek traktuje nieco inaczej niż ja. Do pokoju wbiega ostatnia osoba, ów Francuzka. Melodi jestem – mówi z takim akcentem, że nie rozumiem ani słowa. Melody jak Melodia. Zabawne dość, zaczynamy rozmawiać, nasz angielski jest na żenującym poziomie, to pomaga się nie krępować. Umawiamy się na wspólne wyjście na miasto o godzinie 8 rano. O dziwo nie ma protestów, o dziwo nie ma opóźnienia. Jeszcze chwilę wszyscy coś opowiadamy o sobie i idziemy spać. Średnia wieku 25 tak na około. Czuję się jak na jakieś koloni dla tych co nie pozdawali z 10 lat w podstawówce

Wstajemy, punktualnie, o czasie parę minut po godzinie 8 meldujemy się przy wyjściu. Ja mam pierwszą modelkę w mojej karierze do fotografowania, a Melody podróżuje z prywatnym fotografem.

melody 2.jpg

Nie wiem kto jest bardziej szczęśliwy, pogoda jest dużo lepsza, chętnie godzę się na powtórne odwiedzenie Colosseum. Melody pochodzi z Paryża, a gdy mówię jej, że ja jestem z Polski, to jej oczy zaświecają się momentalnie. Jej rodzice są polakami, jednak są głucho-niemi i posługuje się z nimi językiem migowym. W przypływie euforii dzwoni do wujka, który jest też polakiem zamieszkującym Francję i każe mi z nim rozmawiać po Polsku. Tak mnie teraz natknęło pisząc to, jakie to piękne imię, wybrali dla córki rodzice, sami nie słysząc. Spacerujemy po Forum Romanum, wygłupiamy się, pogoda dopisuje, jest prze zabawnie.

forum.jpg

Ciekawe i jak przystało na Rzym, ogromne miejsce, ale mnie jakoś mocno nie urzekło, tak wiem, że wszyscy się zachwycają Forum Romanum. Dla mnie to był zwykły park, zachwycony byłem pomarańczami na drzewie

pomarancze.jpg

Po wyjściu Melody zaproponowała udanie się pod Fontane di Trevi i tu uwaga otrzymuję pierwszy dowód na to, że nie wymyśliłem sobie tego.

trevi.jpg

Postanawiamy wrócić tu na wieczór na lampkę wina, później już lekko zmęczeni, kierujemy się do hostelu, w międzyczasie mówię chłopakom z okolicy, że z haszyszem to na wieczór pomyślimy jeszcze, bo teraz muszę pilnie siku

Wszystko co dobre się szybko kończy.

Ja na następny dzień miałem lecieć do Lizbony. Polubiliśmy się i obiecaliśmy się jeszcze zobaczyć. Następny dzień już w grobowych nastrojach jedliśmy śniadanie, popijaliśmy kawę i szwendaliśmy się po przepięknym Rzymie… A jak ja mógłbym zapomnieć…

Po powrocie z naszej nocnej wycieczki…

Wchodzimy do hostelu.. Chiński ziomek opuścił lokal ale na jego miejsce przyszedł kto inny. Główna atrakcja wieczoru 2 metrowy 130 kilogramowy chrapiący stwór. Jak on chrapał. Neapol od 2 godzin był już ewakuowany, bo myślano, że Wezuwiusz się budzi. Wszyscy z Sycylii przepłynęli na Maltę myśląc że to Etna. Do dziś to jedyny przypadek że ludzie na łódkach kierują się w tą stronę. Założyłem słuchawki, muza dość gra, on wygrywa. Ja nie mam problemu by zasnąć, zwłaszcza, że wypiliśmy jeszcze po małej buteleczce wina. Ale żarty się kiedyś muszą skończyć, tak dobrze jak ja nie ma Melody. Krzyczy na gościa, raz po angielsku raz po francusku, podchodzi do niego, idzie do recepcjonisty, by ten mu powiedział, żeby się zamknął. Ten przychodzi mówi mu Zamknij się. Gość wstaje przeprasza, w szoku po czym znów zasypia i podgłaśnia. Ja płakałem ze śmiechu, reszta z zażenowania. Po 2 godzinach budzę się idę do toalety. Wchodzę na korytarz…hmm tu jest jakoś inaczej. Zapalam światło.

korytarz.jpg

Jest i zguba, która mnie zostawiła samego z tym trollem, który wprawiał w ruch sejsmograf.

Wracając do tematu.. do godziny 12 dnia następnego jeszcze kręciliśmy się po Rzymie dosiadając lwa i pomachaliśmy sobie przez okno autobusu, który jechał na lotnisko.

leww.jpg

Podróżowanie samemu ma swoje wady i zalety. Czasem się jest w pojedynkę, ale całkiem samemu bardzo rzadko. Poznajemy innych ludzi o takich samych zainteresowaniach. W podróży bywamy sami ale rzadko kiedy samotni, wycieczki organizowane przez pracowników hostelu, inni zajawkowicze, często z tak odjechanymi historiami, że słucha się ich z otwartą buzią. Za każdym razem pierwsze dni po podróży jestem jeszcze nie do końca myślami. Często słyszę że to ja mam odwagę czy fantazję tak po prostu się zabrać i jechać. Melody poleciała sama na 6 tygodni do Tajlandii, na Islandii spotkałem informatyka, który pół roku pracuje, pół roku spędza na jakimś innym kontynencie. Z tych podróży wracam zawsze inny i często przychodzi mi tęsknić za osobami po drodze.

Jest jeszcze coś, co ciężko wyjaśnić. Gdy się nie znamy, nie wiemy co kto lubi co kogo drażni, często jest tak, że staramy się nie urazić drugiej osoby, podróż to przecież też masa kompromisów. Ktoś chce tutaj zjeść, ktoś chce to zobaczyć, kogoś co innego zajmie. Osoby obce sobie, łatwiej ten kompromis osiągają, na dodatek nie musimy się trzymać przyjętych norm. Nie musimy ze sobą spędzać 100 procent czasu. Wszystko to sprawia, że nie ma czasu na nudę, a na samotność w podróży trzeba się samemu zdecydować. Bartek Coelho

koleseum.jpg

2 komentarze

  1. Pingback: Przylądek Cabo de Roca: Halo Zachód, dalej nic nie ma! - Bartpacker

  2. Pingback: nieBezpieczna Lizbona - życie nocne stolicy Portugalii. cz.1 - Bartpacker

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *