Zaczynamy!

Witam was na moim blogu. Nazywam się Bartek, mam 24 lata i podróżuję. Najczęściej sam.

Najczęściej-często. Najczęściej-intensywnie. Najczęściej-wracam zmęczony. Najczęściej samolotem z moim plecakiem, w który pakuje całe moje życie na dany okres.

Moje życie jest właściwie jedną wielką podróżą, zaraz po zajęciach, które mnie absorbują w 100 procentach i wypierają inne.

Zaczęło się od  opuszczenia Polski i rozpoczęciu życia w Niemczech, po przez obsesyjną naukę niemieckiego do  pracoholizmu  masochistycznego, gdzie potrafiłem wstać w piątek rano i kłaść się w niedziele rano, by znów wieczorem jechać 600 km i prze-wegetować dzień w pracy. Nuda,  nuda i jeszcze raz nuda. Może kiedyś powstanie o tym jakiś wpis, ale nie po to się tu dziś spotkaliśmy… Wynika z tego jeden plus, zobaczyłem co można zrobić z dobą i jeśli się chce to, cholera, naprawdę góry przenieść można.

Z biegiem czasu wykańczałem się psychicznie i któregoś pięknego dnia stwierdziłem, że chciałbym też mieć coś dla siebie. A że byłem nałogowym pożeraczem kilometrów i nie wiedziałem o istnieniu samolotów padło na Eurotrip. Wcześniej czytałem Johna Grishama Wielki Gracz i Bolonia, opisana w tej książce historia wydawała się wspaniała. Przyjechała do mnie do Monachium dziewczyna i ruszyliśmy w tygodniową tułaczkę po Europie
starym kombi. Zaczęliśmy od Hochalpenstrasse w Austrii z widokiem na najwyższy szczyt Grossglockner, przez bajeczne jezioro Lago di Garda w kierunku Bolonii, zahaczając o Florencję Pizę, następnie do Monako i Francji, gdzie czekały na nas Alpy z prawdziwego zdarzenia. Chamonix i Mount Blanc. Tam się to stało. Wjechaliśmy kolejką za „jedyne 70 euro” od osoby na 3800 m.n.p.m. Widok był nieziemski i postanowiłem zapalić papierosa… Krążąc wokół stacji natrafiłem na napis

„Mount Blanc Escape”

 i gdy podszedłem pod balkon właśnie wracała ekipa i przybijali sobie piątki. I wtedy mnie dopadło:

.Jakim jestem człowiekiem, co ten świat ze mnie zrobił. Jak ostatni… właśnie okradziony ze sporej sumki dałem się zawieźć kolejką na górę, by popatrzyć na śnieżnobiałe szczyty, a dla tych ludzi dopiero zaczynała się walka, by stanąć na dachu Europy (nie wiedziałem wtedy o Elbrus)…. Ej, co jest ze mną nie tak. Dziękuje. Koniec refleksji. W drodze powrotnej już do Monachium pojechaliśmy do Zermatt w Szwajcarii i tam zakochałem się w Matterhorn i gdzieś może już przebąkiwała myśl, żeby coś zrobić ze swoim marnym życiem… Przyjechaliśmy do domu, wypaliłem papierosa na balkonie i pomyślałem, że chciałbym się wspiąć na Matterhorn, hmm… ale co? ale jak ? To wymaga pewnych umiejętności kondycji. Tak, muszę przestać palić, zapaliłem jeszcze jednego papierosa, ostatniego z paczki, podziękowałem mojemu towarzyszowi i poszedłem biegać, bo chyba to dobry pomysł by zrobić kondycje. Taaak 200 metrów zwaliło mnie z nóg. Bieganie było katalizatorem by brnąć na przód i wysłało mnie 5 miesięcy później na kolejny wyjazd, ale o tym później.