portugalia tramwaj lizbona

18 Marca miałem wylądować w Lizbonie

Opuszczałem właśnie Rzym, siedziałem na lotnisku, które było obsługiwane tylko przez Rayanair. Ciekaw byłem tego przewoźnika. Jak każdy, wiele o nim słyszałem. Mój lot był punktualny, samolot miał skrzydła, na pokładzie wszystko płatne. Bilet kosztował 60 euro za 2515 km. Idąc na nogach więcej wydacie na wodę, na rowerze tak samo. Przepraszam ale nie można narzekać za tą cenę. Nawet na stopa przejecie ten hajs.  Podczas lotu nie działo się nic specjalnego, ale podczas lądowania już tak. Lotnisko nie jest mocno oddalone od centrum. Z samego środka miasta (w 40 minut dostaniemy się pod terminal).To sprawia, że samolot musi nakręcić nad miastem. Bardzo nisko już nad budynkami z ogromnym hukiem. Fajnie się na to patrzy, ale jest jeszcze lepiej gdy słyszymy huk, a między blokami wyłania się ogromny samolot.

Przez kilkanaście minut chodziłem za gniazdkiem by podpiąć ładowarkę. Udało mi się znaleźć prąd, zasięg i ubera.

Okazał się w dość przystępnej cenie. Do hostelu dotarłem późnym popołudniem, lub wczesnym wieczorem. Po zmianie czasu na lokalny jednak skłaniałbym się na wieczór. Było ciemno, chłodno, pochmurno, świeżo po deszczu. Myślami jeszcze w Rzymie zameldowałem się i wymieniłem kilka słów po Polsku z recepcjonistą, który był na Erasmusie w Gdańsku.

Ledwo wszedłem do pokoju. Pokoju… 4 Ściany z dwoma piętrowymi łóżkami. Okna brak.

Nie szkodzi. Długo tu nie będę gościć. Śpiąca postać podnosi się, hej- jestem Anika jestem tu na kursie jogi. Fajnie. Anika była 22 letnią Niemką więc po kilkunastu dla mnie męczących minutach przeszliśmy na jej język. Położna jak sama o sobie mówi, za nazwanie jej pielęgniarką chciała mi zrobić cesarskie cięcie (Keiserschnitt) Bartek nie tylko bawi, ale i uczy. „Ich habe nichts zu tun mit alten Menschen” Powtórzyła to o kilka razy za dużo. Nie przykuło to mojej uwagi wtedy, zaczęliśmy się wymieniać podróżniczymi opowieściami, ja jej trochę o Europie a ona mi o Tanzanii, z której niedawno wróciła z misji jako POŁOŻNA!!!!!!! Stwierdziła, że nie będzie się odzywać po Niemiecku w Lizbonie, bo tu strasznie dużo Niemców, głośno myśląc : Ale ty nie jesteś Niemcem, ty tylko mówisz w tym języku.  Ty moja Einsztajnko. Wziąwszy prysznic, postanawiamy ruszyć na miasto. Ona wspomina, że Barrio Alto to fajna, tętniąca życiem uliczka, przy tym obiecuje mi pokazać panoramę na miasto.

Szybko okazuje się, że Lizbona jest zbudowana na jednej wielkiej górze. Nie znajdziemy tu płaskich odcinków. Idziemy albo w górę albo w dół. A czasami idąc w górę poruszamy się dolinami. Czyli idąc w górę idziemy w dół, po to by iść w górę. Droga trwa 30 minut, deszcz łapie nas 4 razy i gdyby nie noc to pewnie i wyszłoby 3 razy słońce. Przedziwne to miasto. Docieramy na miejsce, którym jestem szczerze mówiąc oczarowany. Z wieczora zrobiła się godzina 22:00, mamy sobotę, miasto tętni życiem na maksa. Uliczka z typu tych weneckich, wąska na lewo i prawo bloki, nie zawsze w ładnym stanie. Na parterze knajpki wielkości baru, uwierzcie mi, wielu z was ma większe łazienki. A co się mieści w tych knajpkach? Bar, Barman (na marginesie wyjść może chyba tylko jak jest zamknięte) live band z różnymi egzotycznymi dla mnie instrumentami.  Tu Ukulele, tu jakieś bębny nieznanego mi pochodzenia i wiele wiele innych. 20 różnych koncertów jednocześnie. W każdej knajpce komplet, w sumie nie dziwne, komplet w tym przypadku to 20 osób ściśniętych jak sardynki. Na instagramie mam kilka nagrań w „zapisanych relacjach” jako Lizbona. Piwo  w owych knajpkach kosztowało 1 euro, co uważałem za mega spoko. Przez kilka godzin, włóczymy się od knajpki do knajpki, trochę rozmawiając, słuchając tych wszystkich koncertów. To naprawdę bardzo klimatyczne miejsce. W trakcie naszych odwiedzin Barrio Alto spada na nas wielokrotnie deszcz i wielokrotnie przestaje padać.

Jak byście byli w Lizbonie i szukali narkotyków, nie mogliście trafić lepiej, Coke, Weed Hasish słyszy się tu częściej niż Portugalski. Jeśli jesteście rodzicami to powiedzcie swoim dzieciom by ogarniały towar we własnym mieście od znanym wam dilerów. Żarcik, wiadomo że na wyjeździe smakuje lepiej. Około 2 w nocy zaczęło padać, w drodze do hostelu zaczepił mnie jeden koleś, tym razem chciał mi sprzedać kokainę, Postanowiłem sobie z niego pożartować troszkę, Ty to pewnie Vizir sprzedajesz a nie koks – mówię poważnym tonem, już mnie tu jeden oszukał, ja was znam. On zaprzecza wyjmuje i daje mi spróbować, po udaniu że trochę smakuję, żartuje sobie z niego nadal, on się upiera, że to dobry towar, sytuacja się powtarza. Nawet sobie nos ubrudziłem, a masz dziadu za tych ulicznych sprzedawców z Rzymu. Dotarłem do hostelu, zasnąłem by wstać i wcześnie i pójść na miasto a Anika zagadała się akurat do śniadania z Brazylijczykiem.

Zdarzyło nam się jeszcze rozmawiać, ani trochę nie mieliśmy ochoty wymienić się z nią telefonami, dwa dni później powiedziała: Ja idę, i poszła.

Jeszcze jedna anegdota na koniec, ostatnio w Lizbonie próbowano okraść mojego znajomego z kamerki, grożąc mu nożem. Jak założy bloga to wam o tym opowie.

Jeden komentarz

  1. Pingback: Lizbona : Most z Kalifornii i Jezus z Rio w jednym miejscu. - Bartpacker

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *