KRN

W czerwcu wybrałem się z moim kolega Maćkiem w stronę Bałkanów. Przejeżdżając przez Rijekę, jezioro Bled w Słowenii, Triest we Włoszech, wpadliśmy na pomysł wejścia na jakąś okoliczną górkę Alp Julijskich. W międzyczasie dołączył do nas Bartek, autostopowicz z Krakowa, który chciał gdzieś dalej. Ale ani jemu, ani nam się nie śpieszyło. A że rozmawiało się spoko, awansował na uczestnika wyprawy.

KRN

KRN

Za jego pomysłem ruszyliśmy na piękną, malowniczą przełęcz w okolicy Planicy. Tu właśnie padła decyzja, by zdobyć jakiś alpejski szczyt. Ruszyliśmy w stronę Włoch, by w Trieście zadecydować, że wdrapiemy się na Krnę. Do tej pory najwyższą zdobytą górą przeze mnie była Śnieżka. Na jedno oko, już kilka dni w podróży, udało mi się nas dowieźć z Triestu w okolicę, z której mieliśmy startować. Zasnąłem. Była godzina 4

Planica

Obudziłem się o 8 rano. Do przejechania zostało 30 kilometrów do miejscowości KRN, im bliżej celu, tym uliczki stawały się węższe. Czasami miałem wrażenie że jadę przez jakieś podwórko.

Miejsce startu to parking na końcu wsi. Położony na wysokości 1002 m.n..p.m. Nasz szczyt widać z drogi. Do pokonania mamy 6 kilometrów oraz 1200 metrów przewyższenia.

Na początku droga prowadzi przez łąki, następnie pastwiska, by później stać się dość ładnym, bezpiecznym, lecz mocno stromym szlakiem górskim. Dość zabawna jest ta droga. W życiu nie widziałem tyle zygzaków. W lewo i w prawo. W lewo i w prawo. I tak bez końca.

KRN

KRN
Maciek patrzący w dal

Ja strasznie się rwę do przodu, bardzo mi się to podoba. Co chwilę podniecony pytam na jakiej to wysokości jesteśmy i gdy mijamy 1600 metrów zaczynam już skakać z radości. Wyżej to ja w życiu nie byłem!! Cały czas przez zielone łąki. Tymi zygzakami brniemy na górę.

Po 2 godzinach 30 minutach docieramy do schronu. Ostatni kawałek idziemy już po skałkach.

Tu spotyka mnie niezłe zdziwko. Jest sobie schron. Są drzwi, są okna. Jest stół, księga gości, pieczątka, są koce. Wiecie czego brakuje?? Obsługi. Tak zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie, jest sobie, nikomu nie przeszkadza, nie zniszczone. Wszystko na swoim miejscu.

Bartek-autostopowicz jako posiadacz śledzia w pomidorach i kawałka chleba, zostaje mianowany szefem kuchni i wyprawia nam ucztę w jakże pięknej scenerii. Do szczytu zostaje nam jeszcze kawałek. Ale się nigdzie nie śpieszymy. Za nami schodzi się para z Austrii, chwilkę rozmawiamy i kierujemy się w stronę szczytu. Niektórzy w kocu.

KRN
KRN

Pogoda się psuje w oka mgnieniu, Bartek-autostopowicz przyodział koc w którym wygląda jak wódz plemienia lub cyganka. Ja przystaje za tym drugim. Po kilku minutach meldujemy się na szczycie, wieje tak okrutnie, że jak podskakuję, to ląduje w innym miejscu.

Dookoła piękne jasne skały pomieszane z zielenią. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

KRN
Czy to nie jest piękne???

KRN

Stoję na szczycie, raz robię zdjęcia, raz pozuję do zdjęć, ale myślami jestem już w Monachium jak wyruszam podbijać Alpy Bawarskie. Pierwszy do głowy przyszedł Watzmann nad Jeziorem Królewskim.

Po półgodzinnym pobycie u góry, wymarzliśmy się wystarczająco. Mnie uratowała czapka i zapasowe dresy od Maćka. Tak właśnie się wybrałem w góry. Jaka jest najważniejsza rzecz w górach???? Wiadomo, że lustrzanka.

KRN
Ja i moi ludzie

W drodze powrotnej się rozdzielamy. Ja postanawiam zbiec z góry, szybko się dowiadując, że te zygzaki nie koniecznie trzeba powtarzać. Tabliczka na dół mówi 2:30h. Ja pod koniec, gdy zauważam, że jest szansa wrócić do punktu startu poniżej godziny, przechodzę do regularnego biegu i tak po 57 minutach zasapany, obity przez plecak, który ciągle podskakiwał, kładę się na dachu swojego auta i mam ochotę popłakać się ze szczęścia. Chłopaki docierają po kolejnych 40 minutach. W między czasie jeszcze kilka osób zastanawia się co robię leżąc krzyżem na dachu auta.

W dalszej mojej karierze wspinaczkowej już nie miałem takiej góry, miłej, przyjemnej, takiej co mnie nie wykończyła, że nie mogłem się ruszać. No i tutaj pierwszy raz przekroczyłem 2000 metrów, z czego byłem ogromnie dumny. Jak pomyślę że to było 3 miesiące temu, to aż nie chce mi się wierzyć. To tu przeszedłem kolejny etap zakochania w górach. A co ja taki sentymenalny.

Podsumowanie:

Trudności: Brak

Wymagany sprzęt: Nogi i Płuca

Widoki : Przepiękne/Bajeczne

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *