Jednodniowe wejście na Grossglockner. Czy to możliwe? Zapraszam do lektury

Grossglockner był jednym z pierwszych alpejskich szczytów, które poznałem. 4 lata wstecz, jeszcze nie interesując się wspinaniem, popalając papierosa za papierosem, z nudów wybrałem się na Hochalpenstrasse. Piękną przełęcz położoną na północy Austrii z najwyżej położonym parkingiem w europie. Widok na kilkanaście trzytysięczników przy dobrej pogodzie jest naprawdę zacny. Rok wcześniej, gdy już miałem za sobą kilka alpejskich szczytów ruszyłem, lecz zatrzymał mnie korek na autostradzie i na Glocka się nie wybrałem. 

Teraz motywacje były inne. Przygotowuję się do pewnego szczytu i wysokość 3800 wydawała się kuszącą propozycją jako trening wydolnościowy. 

Wyruszyliśmy w Piątek z Monachium o godzinie 18, do Kals am Grossglockner dotarliśmy ok 22. W między czasie płacąc za winietę na Austrię oraz 11 euro za tunel, który jest też do opłacenia w drodze powrotnej. Samochód zaparkowaliśmy przy Luckernehaus (11 euro za dobę)

Plan był taki.

Docierany pod górę w piątek wieczorem. Tu robimy prowizoryczną aklimatyzację. Nawet jeśli to tylko 5 godzin, to szok dla organizmu będzie na pewno mniejszy niż bezpośrednio z samej doliny na 3800 metrów. Zastosowałem tą zasadę idąc na Wildspitze i zdała egzamin. 

Ruszamy o godzinie 5:30 z parkingu przy Luckernhaus.

Marian narzuca tempo, które na początku sprawia mi trudność. Doszukuję się w swoim plecaku zbędnych rzeczy, ale idąc i filmując, nigdy nie uda się wybrać light. Aparat? Obiektywy? GoPro, Baterie? Powerbank? Przecież to najpotrzebniejsze rzeczy. Nic tu się nie da zrobić. O dziwo, udaje mi się przystosowywać do tempa narzuconego przez Mariana i tym sposobem po 1:45h meldujemy się na wysokości 2800 przy Stüdlhütte, gdzie można zdecydować się na 3 warianty drogi.

Stüdlhütte
  • Normalna trasa
  • Stüdlgrat
  • Glocknerwand
    najbardziej wymagająca droga prowadząca przez bodajże 10 trzysysięczników
Grossglockner

My wybieram pierwszy wariant i udajemy się w stronę lodowca. Tu ludzie chodzą związani liną oraz mają na nogach raki.

Jeśli chodzi o lodowiec, z rana jest mocno zmrożony, przez całą drogę nie zarejestrowałem ani jednej szczeliny.

Po osiągnięciu wysokości 3200 przechodzimy na trasę ubezpieczoną stalowymi linami, która prowadzi aż do Erzog Johan Hütte (3449) Na tym etapie zegarek pokazuje 3 godziny 30 minut. Wszystko idzie bardzo sprawnie a ja, gdzie zawsze na wysokości powyżej 3000 metrów zamieniałem się w ślimaka, tu mam się całkiem dobrze. Jestem w treningu już od jakiegoś czasu, ale nie spodziewałem się czuć aż tak dobrze. Póki co, jedyne na co bym się skarżył to smak spaghetti w schronisku, jakoś ciężej przechodzi przez gardło, nie jest to ten apetyt który powinno się mieć po 4 godzinach aktywności fizycznej. Wypijamy szklankę wody duszkiem i wychodzimy na zewnątrz.

Grossglockner
Erzog Johan Hütte (3449 m.n.p.m)

Póki co, jedyne na co bym się skarżył to smak spaghetti w schronisku, jakoś ciężej przechodzi przez gardło. Wypijam szklankę wody duszkiem, ubieramy raki i ruszamy na przód.

Ruszamy. Przed nami kolejny odcinek po lodowcu. Na tym etapie następuje delikatna walka z przystosowaniem się do tej wysokości, po 30 minutach powolnego parcia na przód, wszystko zdaje się wracać do normy. Niezmiernie irytuje mnie zmiana pogody. Od krótkiego rękawka po kurtkę. Od Schroniska do grani chyba najwięcej czasu poświęcam na przebieranie się. Ten odcinek kończy strome podejście lodowcem pod grań, oddechy ludzi słyszę z 200 metrów, 40 kroków i przerwa, zazwyczaj zachowuję się podobnie, ale dziś dzieje się magia. Jest ciężko, ale bez przerw i żwawym tempem melduje się przy grani.

Pokonując ostatnie 50 metrów przed granią wspomagam się czekanem, gdyż teren jest stromy i mocno oblodzony. Idąc z rana podejrzewam, że było by ok. O tej godzinie, wszystko zaczyna puszczać.

Wreszcie grań

Tu naturalnie, najczęściej spotykamy ludzi z przewodnikami, uwiązanych na linach i zabezpieczających się. Tak się też powinno zrobić. Tu zaczyna się cała zabawa. Haków można spotkać na grani multum, są też wbetonowane pręty, które pomogą w odnalezieniu drogi i jako asekuracja. Przynajmniej tak robili przewodnicy.

Grań sama w sobie nie jest technicznie mocno wymagająca, ale jest gdzie lecieć.

My pokonujemy ją samodzielnie w dwóch różnych tempach, za co jestem wielokrotnie wyzywany przez ludzi mijanych na trasie. Najbardziej przeszkadza kolejka prowadząca na szczyt. Ludzie, którzy idą w 15 na jednej linie są jak autobus który próbuje poruszać się po Wenecji. O przewodnikach nie chcę się wypowiadać, temat stary jak świat, oni nie lubią mnie a ja nie lubię ich. Faktem jest, że należy się zabezpieczać na tej trasie, bo jest gdzie lecieć.

Ja dostaje drugi oddech, idzie mi się wyśmienicie. Raz za razem wyprzedzam ludzi i rozpoczynam swoją medytacje. Chodzenie w takich warunkach wyzwala u mnie poziom koncentracji, który nie jest dostępny w życiu codziennym. Myśli przelatują z ogromną prędkością przez głowę. Nie potrafię tego opisać, tu nie ma miejsca na najmniejszy błąd, najmniejszy. Ta świadomość wyzwala coś na kształt transu. Tracę rachubę czasu, ale podejrzewam, że nie minęła nawet godzina.

Kleinglockner (links), dahinter Großglockner
Po lewej niższy wierzchołek (Klein Glockner), w tle ostatnia „prosta” przez szczytem.
Grossglockner

Melduje się na dachu Austrii i wszystko zachodzi mgłą, pierwszy i ostatni raz tego dnia. Na szczęście nie ma jeszcze miejsca, trzeba najpierw wydostać się z tej grani.

Droga w dół wymaga sporej uwagi ode mnie, wielokrotnie muszę szukać za właściwymi chwytami, cały czas słyszę bicie swojego serca. Pod granią spotykam się ponownie z Marianem, który dziś zadowolił się niższym wierzchołkiem (Klein Glockner). Odcinek do schroniska pokonuje biegiem w 20 minut, 15 minut po mnie zjawia się Marian i wspólnie pokonujemy ferrate poniżej Erzog Johan Hütte

Erzog Johan Hütte

W następną godzinę docieramy do Stüdlhütte, tu zaczynają się odzywać odciski, od tego momentu droga jest mniej przyjemna, pocieszeniem jest fakt, że zostało tylko 7 kilometrów. Zamieniam się z Marianem na plecaki i biegnę na dół, by to wszystko skończyło się szybciej.

Jest 16:30 jestem przy aucie, po 20 minutach dociera Marian i wracamy zakorkowaną, niedzielną autostradą do Monachium

Czas w ruchu to 8:37 minut. Z przerwami dało to ok 11 godzinną akcje. Oczywiście wszystko było możliwe przez sposób w jaki pokonywaliśmy grań, czytałem relacje, że potrafi ona do 5 godzin zająć. Oczywiście nikogo nie namawiam pod żadnym pozorem by w ten sposób działał. W górach każdy odpowiada za siebie i lepiej jest zastosować za dużo środków bezpieczeństwa niż za mało.


W tle Grossglockner. Aż nie do pomyślenia, że można tam dotrzeć na nogach. Odległość w górach to magia.

Wyczerpani, lecz szczęśliwi docieramy na zmianę kierując i dosypiając, bo w poniedziałek do pracy.

Pozdrawiam : ) Zdjęcia w relacji to kadry z filmu, który udało się przy okazji nakręcić. Link poniżej.

Pozdrawiam. Do przeczytania! Zapraszam również na inne relacje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *