Półmaraton w Ingolstadt

Czemu akurat tutaj? Kolega z pracy bardzo mi kibicował w niepaleniu i zawsze chętnie słuchał o moich treningach. Kiedyś wspomniałem, że będę chciał przebiec półmaraton.

Musisz zrobić ten w Ingolstadt. (Miasto w którym ja pracuje i miasto Rolanda (lat 47)) Ja przyjdę z PIWO i będę Ci kibicować. To jedno z niewielu słów, które zna po polsku, to i tak spoko.

No nic, rozmowa odbyła się w Styczniu 2018, słowo się rzekło. W tym momencie zaczynają się schody. W Styczniu byłem w mojej życiowej formie. 6 miesięcy z rzędu średnia miesięczna trzymała się na 160km. Sam się dziś dziwię, jak mi to łatwo przychodziło.

Od tego momentu zamiast się poprawiać, wszystko leci na łeb na szyje. W lutym przebiegam 10km w 46:30 by zaraz przez podróże i grypę dojść do wniosków, że treningów i tak nie ma sensu zaczynać, skoro za 2 tygodnie znów gdzieś jadę.

Wyglądało to tak : Grudnień 174km Styczeń 121km Luty 50km Marzec 27km a 28 kwietnia mam biec Półmaraton.

Napisałem do mojej z znajomej. Monika, potrzebuję motywacji żeby przebiec kolejne 30 dni codziennie. Proszę pomocy!!!

Jasne, nie ma sprawy, ja będę biegać z tobą – odpowiada Monika. Za każdy dzień zawalony butelka Jacka Danielsa.

Wiecie co???

Podziałało. Lecz okazuje się, że z formy w 2 miesiące nie zostało absolutnie NIC. Udaje mi się biegać w tempie spokojnym codziennie po 10km. Wrazem w przyrostem lekkości biegania.. zaczynam przyśpieszać, zwiększać ilość kilometrów. Tym sposobem, uszkadzam się coraz bardziej, tu coś przy tyłku boli, tu kostka się odzywa.

Trening 23 Kwietnia.

5 dni przed półmaratonem ledwo dobiegam do domu przez okrutny ból w stopie. Okazuje się, że naprawdę zaczyna boleć gdy ostygnę. Jak by to powiedział Rafał Pacześ – sam ciągnę za sobą swoją nóżkę.

Zupełnie nie wiem co zrobić, pierwszą osobą która przychodzi mi do głowy jest Malwina, dobra duszyczka. Zanim jeszcze mogłem pójść do lekarza, nadchodzi wiadomość z zapytaniem co się stało.

Urwało mi nogę – nie mogę chodzić za 5 dni mam półmaraton – odpowiadam. Opowiadam dalej jak jest, co, gdzie i jak. Według mnie, masz zapalenie przyczepu mięśnia (jakaś trudna nazwa) Nie wolno Ci biegać. Nogę oszczędzaj, przykładaj lód o temperaturze takiej i takiej, maść i tabletki. To musi całkowicie przejść jeśli chcesz biec. W piątek masz mi powiedzieć jak to wygląda.

Malwina najkochańsza na świecie uratowała mi życie. Odpuściłem 5 dni treningu przyszedłem w sobote rano z nocki i położyłem się spać by o 17 zjawić się na starcie.

Okrtunie zestresowany czekam i czekam. Tych ludzi co raz mniej 16:55 niby 5 minut do startu, a tu ludzi ubywa. Jak się okazało, stałem na mecie. Typowy Bartek 😀

Start był 1km dalej na moście

.

Dotarłem 70 sekund przed startem i przepchnąłem się w strefe 1:45 na sam koniec jakoś. Zdarzyło mi się na treningu zrobić w 1:48 przypadkiem to co ja rady nie dam. A taki właśnie.

Nie wziąłem pod uwagę kilku rzeczy. Ostatni miesiąc biegałem by się rozruszać, bez większego sensu. Temperatura dochodziła do 30 stopni. Moje bieganie zaczęło się na jesień i poprostu nigdy nie biegłem w taką pogodę, takich dystasów. Na dodatek miałem na sobie buty, w których nie zrobiłem ani 1km, choć niby model ten sam, to jednak rok później nieco inaczej uszyte.

Startujemy z górki po bruku, emocje, ludzie w samym centrum miasta dopingują nieziemsko.

Patrzę na pulsometr : 198. Dziwne… Jeszcze nie dociera do mnie, co to zwiastuje. Pierwsze 5km trzymam grupę 1:45 na widoku, ale czuje że muszę się zbyt koncentrować by utrzymać to tempo.

Naturalnie nic z tym nie robię, to szok postartowy, zaraz przejdzie.Na kryzys nie trzeba długo czekać. Na 9 kilometrze odpalam jakiś deserek energetyczny, który dostałem z pakietem startowym. Oblewam sie ogromną ilością wody, która jest ustawiona co 4 km i prysznice moje kochane. Od 11 jedenastego kilometra staje się wszystko normalne więc wracam do tych co mnie mijali i morale wzrastają.

Od samego początku dyskutowałem sobie z pewnym gościem. Zagadałem, on pyta w co ja celuje, ja w szoku odpowiadam, że w nikogo. Jaki czas chcesz osiągnąć debilu…. aaaa 1:50 złamać. Aha, to tak jak ja – odpowiada. Ale wiesz ja już 2 maratony 4 pół maratony. Przy pierwszym moim kryzysie, poprostu odbiega. Widzimy się dopiero na 15 kilometrze, gdzie miałem za sobą 4 szybsze, po małym kryzysie na 10 i 11km. Wracamy do rozmowy i mówię, że mi okrutnie ciężko. Miło że czekał, ale ja nie dam rady ani troszkę szybciej, ledwo co zipie. A on mi odpowiada : Ale ja nie mogę… Ty??? Podwójny maratończyk? po 8 półmaratończyk, taki wygadany na 5 kilometrze. Chyba dzięki jemu ukończyłem ten półmaraton. Powinna to być opowieść o tym, że mnie motywował, zostaliśmy kumplami. W tym miejscu zacyotwałbym Rotę Marii Konopnickiej. Nie dzieci nam……..

Absolutnie! To ja zacząłem go pocieszać i zaraz sobie pobiegłem. Cudowne uczucie.

18 kilometr

Boje się poruszyć, bo skurcze chcą dopaść każdy miesień. Zatrzymuje się napić, włożyć głowę do wiaderka z wodą, przegryzam bananem. Zaczynam przypłacać swoje szarżowanie, boli mnie absolutnie wszystko

Na ostatniej zawrotce na moście nad Dunajem, wiem, że prawdopodobnie nie wykonam założenia jakie sobie postawiłem i biegnę zrezygnowany. Obok mnie przebiega dziewczyna. 20 kilometr zrobiłem w 5:40. To 30 sekund stracone na jednym kilometrze!!! Z nią też się mijałem na trasie wielokrotnie.

Tobie też się nie dam!!!

Straty już mam 50 metrów, wbiegam na ostatnią prostą, mam jeszcze 400 metrów do przebiegnięcia widzę metę, na którym jest 1:50… a ja mam jeszcze 400 metrów. Teraz już NETTO BRUTTO zadecyduje. Nagle dostaje super mocy. na 20 km bałem się poruszyć, by mnie skurcz nie złapał. Ostatnie 400m używam jakby innych mięśni. Wyprzedzam ze 100 osób by zatrzymać się centymetr za metą. Z danych wyświetlonych przez zegarek, to było 3:40min/km ponad 16km/h W tłumie ludzie komentują mój wyczyn „Was für ein kämpfer” w tłumaczeniu wolnym „Ależ waleczny” lub dosłowny „Co za wojownik” Dostaje turbo mocy i zaczynam się zastanawiać, czemu nie biegłem tak cały czas….

Niestety plan, z tego co się wydaje nie został wykonany, na zegarku jest 1:52:06 brutto. Za minutę przybiega kolega mój z trasy i twierdzi że się udało. Skoro 1:52 jest to mniej niż 1:50 hmm. Niemcy oceny mają na odwrót… Może tak samo liczą. Nie wiem, nie ważne. Dobiegłem, kosztowało mnie to masę energii, stresu. Udowodniłem coś sobie.

Pod wieczór otrzymałem czas: 1:49:58. Ten sprint urwał mi potrzebe sekundy.

Narodowość dobrało samo po wpisaniu adresu. Błagam nie zabijcie mnie za to.

Wielkie podziękowania należą się Monice, która biegała przez internet razem ze mną. Malwinie, która uratowała mi nogę i to w tak dramatycznym momencie, oraz Danielowi, który był codziennie zasypywany tysiącami pytań odnośnie startu, dawał cenne rady, których de facto nie posłuchałem, bo miałem downa w nogach.

Widzicie ten medal? Okazał się być otwieraczem do butelek. Jeszcze w ten sam wieczór otworzyłem nim Radlera zastanawiając się, co mnie bardziej boli. To koniec trzymajcie się czytelnicy 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *