Barcelona Łuk triumfalny

Barcelona była drugą częścią podróży, którą zacząłem w Atenach.

Z międzylądowaniem w Monachium, miałem się tam zjawić popołudniu.

Dzień zacząłem o 3 nad ranem. Dostałem się na lotnisko w Atenach, by o godzinie 5 odlecieć w stronę cywilizacji, w stronę świata, w którym jest raczej wszystko znajome i normalne. Lot niestety miałem o godzinie 12, ale że leciałem Lufthansą to bardziej o 13 :). Gdy to piszę moi rodzice polecieli na majówkę do Aten i lot opóźnił się prawie godzinę. Zgadnijcie jakimi liniami lecą 😀

Już sobie przypomniałem, z powodu pogody musieliśmy poczekać chwilkę, bo na trasie była burza, chmury, i inne rzeczy które sprawiają, że staje się shrekiem w samolocie. NIENAWIDZĘ LATAĆ. Nienawidzę tego, co się dzieje z moim żołądkiem podczas lotu. Start jest zawsze przyjemny, ból w stawach też do zniesienia. Strzykanie w uszach? Do zaakceptowania, ale te cholerne turbulencje, które zdają się przestawiać moje wnętrzności. Nienawidzę. Z samolotu wyszedłem zieloniutki 🙂 .

Jeszcze wczoraj Ateny, dziś Barcelona.

Mi się cieszy buzia, w multi-city właściwe dobranie miast daje niesamowity efekt. Ja nie byłem w dwóch różnych miastach. Ja byłem w dwóch rożnych światach. Nie twierdzę że ja taki jestem mooooondry, wszystko było dziełem przypadku, ale efekt był zniewalający. Barcelona czysta, schludna, zadbana. Prosty przykład : W Atenach miejscówka bezdomnych to była NO GO ZONE. Smród. strzykawki M1 zajęte. NIE DOTYKAJ. NIE ODDYCHAJ. NIE PODCHODŹ.

Wiecie jak to wyglądało w Barcelonie? We wnęce w kamiennicy długiej na 2 metry rozgościł się pewien Pan. Wszystko miał ładnie ułożone na kupkę, by nie wystawać na chodnik. Materac, walizki i koc dla swojego psa. Owczarek niemiecki wdzięcznie spoglądał na swojego pana, w srebrnej misce miał nalaną wodę. Był bardzo zadbanym psem, który był zadowolony z tego stanu rzeczy. Krępowałem się fotografować to, nieco żałuje.

Zakwaterowanie

Dotarłem do hostelu. Jeśli czytaliście wpis o Atenach, to wiecie jakie miałem wspomnienia z swojego zakwaterowania w tym mieście. Generalnie nie oczekiwałem nic, a to co zastałem, było po prostu Barcelońskie, czyli zachwycające na każdym kroku. BORN BARCELONA HOSTEL z odznaką booking.com prezentował się świetnie. Był małym kameralnym miejscem na 30 osób. Bardziej przypominał mieszkanie studenckie, takie na wypasie. Świeżo zrobiona łazienka, kuchnia z darmową kawą, herbatą i światowym towarzystwem co wieczór. Od Moskwy przez Londyn do Santiago. A to wszystko za bodajże 11 euro za dobę. Wiem, kupa forsy.

To tutaj się zakochałem w podróżowaniu solo na maksa. Chciałem dodać że nie mam żadnego interesu w chwaleniu tego hostelu, jedynym powodem jest miłe słowo, które otrzymam od was, za to że dobrze doradziłem. Jak coś jest dobrze uważam, że trzeba o tym głośnio mówić, jak i na odwrót. Hostel ma odznakę booking.com, byłem w dwóch miejscach z tymi wyróżnieniami i mogę powiedzieć, że nie dostaje się ich za daarmo. Tyle o zakwaterowaniu, wróci jeszcze w dalszych częściach. 🙂

Zaczynamy zwiedzać

Lot, oraz wczesna pobudka nadwyrężyły moje siły witalne, wypożyczyłem rower na 2 godziny, podjechałem nad wybrzeże oraz pod Casa Mila, na mocy ostatnio przeczytanej lektury Pana Browna „POCZĄTEK”.Dostałem małą namiastkę tego, co znaczy Gaudi dla Barcelony.

Przemierzając ulicę miasta o godzinie 17, byłem bardzo zdziwiony panującą ciszą i spokojem w tym mieście. O 19 zmieniło się już wszystko, w drodze powrotnej łatwiej było prowadzić rower, niż nim jechać. Knajpka Istanbul zaprasza do siebie za pomocą wydelegowanego pracownika przez drzwi.

Rower który wypożyczyłem, był największym gratem z możliwych. Dętka pokazywała pierwszy uśmiech przez rozrywającą się oponę, koło niekoniecznie kręciło się tylko do przodu, a hamulec, no hamulec z pomocą nogi zatrzymywał rower. Ten śmieszny Pan z przed knajpki patrzy się na mnie i mówi : Ale jak, ale co, ty chcesz tak o zostawić ten rower bez przypinania?! No bez żartów, to nie jest chyba produkt, o który trzeba się bać, BE CAREFUL IN BARCELONA, powtarza i mówi że mam się wrócić zabezpieczyć rower inaczej mnie nie wpuści, bo nie chce bym miał niemiłe wspomnienia związane z jego restauracją. „Tu w Barcelonie nawet nie wiesz kiedy coś stracisz” – powtarza. To wspólny mianownik z Atenami. Tam słyszałem w kółko to samo. Bądź ostrożny, uważaj, pilnuj swojej torby. Z tym, że Ateny były totalnymi slamsami, skoro tam przetrwałem bez jakichkolwiek strat, to co miało się tu wydarzyć? Pomyślałem że, mają świetną zabawę w straszeniu turystów.

Knajpka jak każda inna okazała się Barcelońska, jedyna w swoim rodzaju, przypominała teleport, albo drzwi do Narnii, bo zaraz za drzwiami znajdujemy się w innym świecie, tym razem w Turcji. Wychodzimy, Barcelona. Genialne!

Dojechałem/Doszedłem do hostelu o godzinie 20, który był sto metrów od Arc de Triomf. Popatrzyłem na tętniącą życiem okolice łuku triumfalnego, mnogość ulicznych grajków, ludzi zbierających na dalszą część podróży dookoła świata, psa który uczył się jeździć na deskorolce, porobiłem zdjęcia Łuku i położyłem się spać.

Pierwsze nocne zdjęcia

Budzę się z przeświadczeniem że jest wcześnie rano, jestem w błędzie, obudziłem się po 4 godzinach, jest w pół do pierwszej w nocy. Rzeczy do naładowania naładowały się, przecież teraz nie zasnę. Ruszam na miasto, drugie podejście do łuku triumfalnego, pokręcę się parę godzin po okolicach, pewnie tętni życiem. Nie mogłem się bardziej mylić. W lutym byłem SAM o tej godzinie. Jedyne osoby towarzyszące mi to służby porządkowe który zmywały ulice, by te rano znów lśniły czystością. Wąskie uliczki, ładne graffiti. Miasto z duszą! Spaceruje i piszę na FB z Tomkiem który jest na etapie kupna auta, ma nockę i mu się nudzi. Zmieniam obiektywy, tu szeroki kąt, tu zoom. W skrócie, uczę się fotografii.

Za dnia gwar ludzi, nocą hałas maszyn, które czyszczą chodniki, w tle po prawej witryna sklepu (jedyne skupisko ludzi tego wieczoru)

Kręcę się już jakiś czas w tym samym miejscu, mijam tych samych ludzi, szukam inspiracji, odpisuje na wiadomości.

Zmieniam obiektyw, dostaje wiadomość, podchodzi do mnie jakiś biedaczek, który ledwo co stoi na nogach i chce papierosa. Mój angielski jest na poziomie mocno niezaawansowanym, ale ten gość to mnie w ogóle nie kuma. Wcześniej przeczytałem, że Hiszpanie nie bardzo są zorientowani na naukę języków i że nawet HOT DOG pisze się CIEPŁY PIESEK po hiszpańsku, nooooo okej. Sympatyczny ten kolega, dość zabawny, papierosa nie mam, bo jestem dumnym EX PALACZEM, jemu też radzę rzucić i życzę powodzenia, poszedł sobie. Wraca i wygłupia się jeszcze bardziej, zaczyna tańczyć, bierze mnie pod ramię zaczyna jakiś odwalać indiański taniec słońca krzycząc przy tym : SAMBA SAMBA SAMBA. Oj biedaku, ale się opiłeś, o mentalności południowców wiemy więcej czy mniej, uśmiechnięty, beztroski, wiemy o co chodzi. Chcę zrobić mu zdjęcie na pamiątkę, wzbrania się, z racji tego że obiektyw wymieniłem właśnie, jest zasłonięty, choć on mimo to zasłania się i mówi że zdjęcia nie chce.

Poszedł sobie spacerkiem dalej w swoja stronę

Obiektyw schowałem do plecaka. Odpiszę Tomkowi na wiadomość, którą zaraz przed spotkaniem tego gościa napisał.

Gdzie ja mam ten telefon do cholery?! Chodziłem w marynarce cały czas, wypracowałem sobie nawyk chowania telefonu do wewnętrznej kieszeni na piersi. Zaczyna wszystko do mnie docierać w błyskawicznym tempie. Ten Hiszpan wcale nie był pijany, jestem osobą chaotyczną i generalnie jak coś zgubię to już się śmieje gdzie to znajdę i prawie zawsze mam racje, prawie. Tu jakoś zaczyna się wszystko układać w całość. FAKT JEST OCZYWISTY. Właśnie pozbyłem się telefonu podczas uczestniczenia w tańcu słońca.

Okazuje się że Ci JEDYNI ludzie przy banku, których mijałem, nie byli przypadkowi, TAM szedłem jeszcze z telefonem z włączoną nawigacją, TAM zaraz schowałem telefon do marynarki. 3 metry dalej zatrzymałem się zmienić obiektywy. W takich sytuacjach jak ta, nasz mózg działa w taki sposób, który jest zupełnie niedostępny w strefie komfortu. Przez myśl przebiega mi to że, bilety były na telefonie, pay pal, zdjęcia, karty, facebook, itd. Bez większego zastanowienia zaczynam biec za tym dziadem. Dobiegam do skrzyżowania, motocyklista zastawia mi drogę. Okazuje się Policjantem. MY PHONE IS GONE – krzyczę, nie bardzo wiedząc co właściwie powiedziałem. Bez słowa mija mnie i znika. Ja sprawdzam jeszcze kieszenie plecak, ale ta sytuacja po prostu ułożyła się w jedną całość, szukam nadaremno.

Pan Policjant wraca po 40 sekundach.

Dobry wieczór. Mamy tu jednego gościa, nie zdążył zbyt daleko odejść, czy to pański telefon? A czy na tapecie jest Matterhorn? – pytam Tak, to Matterhorn – odpowiada Jeszcze jakieś pytania? Ale jak to się stało ?! PRZYSIĘGAM na wszystko co można, nie poczułem NIIIIIIIIIIC, gdybym nie musiał odpisać na wiadomość, to stratę telefonu bym odczuł dużo, dużo później, seria niefortunnych zdarzeń, tak to nazywamy. Mam na myśli tego Marokańczyka, którego do tej pory nazywałem Hiszpanem. Tak nieszczęśliwie nie mógł trafić. Gość, który zaraz po zakończeniu rozmowy, będzie patrzył na telefon który on ma zamiar zajumać. To że zmotoryzowany policjant najdzie 10 sekund później? Jak wy to nazywacie? Opatrzność, szczęście? O dziwo policjant nie był zupełnie zdziwiony zaistniałą sytuacją, a przez radio odebrał jeszcze jedno zgłoszenie podobnego rodzaju. Zaczyna docierać do mnie to co mówili do mnie lokalsi cały czas. Be careful, uważaj na siebie. W Atenach mogłem w to jakoś wierzyć, bo miałem do czynienia ze slumsami. Tam miało to sens, ale w takim niemalże najpiękniejszym miejscu na świecie.

Spodziewałem się, że ktoś w biegu będzie próbował mi wyrwać coś z rąk, z plecaka, rzeczywistość okazała się inna. Na żywca, bezczelnie, juma.

Po co to piszę? Sam bym w życiu nie uwierzył w opowieści tego typu, tak, gadaj dalej. Pochwaliłem się w Hostelu co mi się przydarzyło. Ruski w pierwszy dzień stracił paszport, Chilijka cały portfel. Najgorsze jest życie po takim zdarzeniu, traumy się jeszcze nie wyzbyłem, co chwile sprawdzam kieszenie czy pozapinane na paski, czy zamek jest schowany tak by nie można było by go łatwo otworzyć. Śmiałem się z ludzi, którzy noszą plecaki z przodu, torebki na których leży cały czas dłoń. This is Barcelona. Na dziś to koniec. W Barcelonie było zabawnie i jeszcze postaram się wam o tym opowiedzieć, ale na drugą część trzeba będzie poczekać, bo na dniach lecę do Norwegii i później na Islandię. Zaglądajcie na Instagram który chodzi w czasie rzeczywistym. INSTA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *