ave cezar beemka miastko

19 Marca 2018

Nadszedł ten dzień, gdzie jestem w podróży i mam kartę kredytową

Jestem w stanie zostać posiadaczem auta z wypożyczalni. No dobra, później mam je oddać. Z wieloma osobami rozmawiałem na ten temat, dużo opinii słyszałem : A jak coś się stanie, zarysujesz, coś się popsuje. Ludzie!!!! To tylko auto, ile razy braliście od mamy, brata, po prostu braliście jakieś z drogi. Zatankować. Jeździć. Takie to proste.

Wypożyczalnie aut w Lizbonie znajduje się na lotnisku i w centrum.

Najkorzystniej jest jednak na lotnisku. Rezerwując auto wcześniej, mamy już środek transportu do lokum jak i w drodze powrotnej. Prosta sprawa. Ja niestety taki mądry nie byłem, dlatego w drodze na przystanek zmokłem do suchej nitki, a autobus dowiózł mnie w 40 minut na lotnisko by dokonać rezerwacji online oraz przymierzyć swój pierwszy samochód z wypożyczalni. Pobytu zostało mi 3 dni, ale z godzin wynikało, że na 48h potrzebuję auta. Cena zabójcza : 35 euro za dwie doby, prześliczna biała strzała :

Toyota Yaris Z klimą, radiem na bluetooth, i oszczędnym silnikiem 1.0. Pierwsze co zrobiłem, to skonfigurowałem telefon z radiem i puściłem muzykę, która jak na klasę tego auta, brzmiała zaskakująco dobrze.

Szybko odkryłem, właściwie zaraz po wyjechaniu z lotniska, że Portugalczycy są dość specyficznymi kierowcami,

Mam tu raczej na myśli, że są popier… Mamo, wiem że to czytasz. Oni nie zmieniają pasa, oni zmieniają pasy, po 3 na raz, następnie należy włączyć kierunek. Każdy wjazd na rondo, jest cholerną walką o życie, a auta z wypożyczalni można poznać z kilometra. To jedyne małe, nowe autka, zazwyczaj w kolorze białym. Nie liczcie tu na uprzejmość innych kierowców. Tu się częściej używa klaksonu jak kierunkowskazu.

Toyka wydawała mi się od początku mało dynamiczna.

Już po wjechaniu do miasta zrozumiałem, że to auto jest jednym wielkim nieporozumieniem w tym miejscu. Lizbona to miasto na jednej wielkiej górze. Tym autem redukowałem z jedynki, Nie, nie dało się niżej. Dramat totalny, na światłach trzeba uważać mocno by nie zgasła przy ruszaniu. Szybko też okazało się, że nie jest ani trochę ekonomicznym pojazdem.

Zajechałem pod hostel, spakowałem co trzeba, postanowiłem ruszyć w stronę oceanu.

Z miasta udało wyjechać się żywym. Do przejechania miałem 60 km. Zaraz po wyjechaniu, kierowałem się wzdłuż linii brzegowej, przepiękną przełęczą, co jakiś czas otwierając drzwi by odepchnąć się nogą. Widoki były naprawdę cudowne

ave cezar2.jpg

Robię pierwszą pauzę, śmieje się ze szczęścia, fotografuję coś na ślepo, wracam do auta, które zostawiłem na środku drogi i kontynuuje drogę w stronę plaży.

Nagle, po przejechaniu kilku kilometrów, auto traci całą moc i ledwo co potrafi poruszać się do przodu.

Na liczniku zaświeca się CHECK ENGINE, TC i coś jeszcze na pomarańczowo, ale teraz już nie jestem pewien, chyba ABS. Czołgam się do kolejnego zajazdu z prędkością 20 km/h, następnie gaszę auto, myślę co mam zrobić w tym wypadku. Nie ma ani kreski zasięgu na tym zadupiu. Po zgaszeniu silnika i odczekaniu kilku minut. CHECK ENGINE znika, auto odzyskuje moc, lecz kontrola trakcji i ABS zostaje. Zauważam również, że auto nie pracuje na wszystkie 3 cylindry od czasu do czasu. Trudno, przynajmniej mam radio na bluetooth. jaris.jpgOto Moja biała strzała, na pierwszym, wymuszonym parkingu. Nie przejmując się niczym, zmierzam dalej w swoim kierunku. I szczerze, ta Portugalia podoba mi się o wiele wiele bardziej. ave cezar beemka miastko.jpg

Auto porusza się jako tako, ja docieram powoli do klifu i jestem w siódmym niebie. Nie wiem, ale to uczucie że dalej nic nie ma, że patrząc w przód gdyby tylko wzrok pozwolił zobaczymy inny kontynent. Do tego te fale. Naprawdę było w tym coś mistycznego.

Spędzam tu dłuższą chwilę, pogoda zmienia się ośmiokrotnie.

Od błękitnego nieba po chłodny wiatr, który się prosi o kurtkę. (Przypominam że w Lizbonie była taka ulewa, że drogą rzeka płynęła). Byłem tym miejscem zauroczony, postanawiam więc udać się na plażę. Z górki moja toyotka to istny pocisk. Docieram po jakiś 30 minutach na sam dół klifu i parkuję przy drodze.

Moment, tu na plaże prowadzą ślady samochodu.

Właściwie jest tu jakaś droga, ale będzie fajnie – myślę. Dojadę do samej wody!!! Decyduje się pojechać piaskiem po śladach. 2 metry, 3, 4.

Utonąłem w piasku.

Koła przednie kręcą się, wyłączam kontrole trakcji, która przypadkowo po dłuższym postoju wróciła i zakopuje się jeszcze bardziej. Auto wisi, a zderzak przykleił się do piasku. Próbuję coś dłońmi podkopać, trochę się wycofałem, wiszę jeszcze bardziej. Czemu to wszystko musi mnie spotykać – myślę. Czemu to zawsze przydarza się mnie!!!! Zaczynam się rozglądać za sznurkiem, lewo, prawo, co chwile ktoś tędy przejeżdża, nie muszę długo czekać. Po 5 minutach zjawia się 4 ochotników gotowych mi pomóc, ja siadam za stery a oni pchają auto.

I tak właśnie pozbyłem się zderzaka.

Wyjechać się udało, zderzak z jednej strony wisi w powietrzu. Chłopaki pomogli mi go jeszcze włożyć, zdawał się jako tako trzymać. Dałem im 10 euro i wszyscy byliśmy zadowoleni.

zakopane.jpg

I po akcji

wykopane.jpg

Nie wiadomo kiedy zrobiła się godzina 18. Zanurzam stopę w Atlantyku, ten dzień dał mi się we znaki, lekko zmęczony, zmierzam w kierunku Lizbony, aby złapać Most 25 Kwietnia o zachodzie słońca, ale nawigacja niestety omija drogi płatne, chociaż przez pomyłkę już z nich raz skorzystałem(bez odpowiedniego urządzenia), zastanawiałem się do końca, czy dostanę za to rachunek. Okazuje się, że naokoło to grubo ponad 2 godziny drogi. Na drodze krajowej gdzieś muszę się wreszcie zatrzymać. Powód jest dość prozaiczny.

lizbona

Do Lizbony udaje mi się trafić około 22 godziny, w korkach spędzam dobrą chwilę. To już koniec tego dnia i koniec przygód. Przypadkiem na google maps znajduje coś takiego jak Cabo de Roca, postanawiam tam pojechać na następny dzień. Niedaleko jest też miasto Sintra i jakieś zamki. Teraz zagniemy czasoprzestrzeń.

21 Marca 2018

Budzę się, to mój dzień wylotu. Biegnę szybko sprawdzić czy miejsce zaparkowania auta było właściwe, w skrócie, czy ono stoi tam jeszcze. Najlepiej bez blokady. Przez te kilka dni widziałem ich wiele, a nie do końca byłem przekonany czy dobrze stanąłem.

Jest!

Idę na śniadanie na miasto, później wracam do hostelu i pakuję mój backpackerski plecak. W międzyczasie z ABS i kontrolą trakcji rozstałem się na stałe, a auto po pagórkach Sintry spalało dobre 11 litrów, super ekonomiczne autko. Zauważyłem również, że przy odpalaniu puszcza małego dymka. Dla kogoś kto o mechanice nie ma jakiegokolwiek pojęcia, powiem, że to nie wskazane dla silnika benzynowego. Wychodzę z mojego superaśnego hostelu, odpalam auto. Przyglądam się, znów ten dym. Nic już nie zrobię. Za 4 godziny mam samolot. Jest piękny słoneczny dzień, mam zamiar z niego korzystać, a poza tym, mam do czynienia z 3 letnim samochodem. Co tu może się stać.

Łączę się z moim super radiem i puszczam muzykę na maksa.

Szyby w dół. Próbuje się wydostać z miasta. Od pogody udziela mi się głupawka. Przepuszczam ludzi na pasach machając do nich. Wszystkich wpuszczam, nawet jeśli nie wiedzą czy chcą już ruszyć. Śpiewam na całe gardło piosenki, które mi odtwarza telefon. U nas było by to dziwne. Tu moje zachowanie wywołuje tylko uśmiech innych kierowców.

Wreszcie udaje mi się opuścić ostatnie „Rondo w Rondzie”

Ruszam obwodnicą w stronę lotniska. Mam teraz 3 pasy, pozdrawiam w dalszym ciągu wszystkich na lewo i prawo. Właśnie z radia leci piosenka Marka Fostera au Revoir. Krzyczę na całą autostradę

„Es gibt nichts was mich hält, au ravoir”

Co w wolnym tłumaczeniu znaczy, Nic nie może mnie zatrzymać (z melodią brzmi to lepiej). Teraz macham rękami na lewo, i kontynuuję. Z lewej strony też pojawia się auto i zaczyna się tak samo wygłupiać. Jak mi szkoda, że już lecę stąd. Co za świetni ludzie.

Nie, zaraz. Ona pokazuję palcem bym spojrzał w tył.

Spoglądam w lusterko, za moim autem ciągnie się chmura dymu. Jestem akurat na rozjeździe, nie ma szans, że zatrzymam się, albo pojadę w nie tym kierunku co trzeba. Bez naciskania gazu lub z jak najmniejszym, wytracam prędkość i zatrzymuję się na pasie awaryjnym. Gaszę silnik, olejem śmierdzi jak w McDonald. Zastanawiam się co zrobić. Dobra, poczekam, spróbuję odpalić auto, pewnie się uda. Do lotniska mam 1.3 km i problem z głowy. W międzyczasie udało mi się namierzyć numer awaryjny.

Przekręcam kluczyk

Chłe, chłe chłe, klik. Silnik już się nie kręci. Podczas śpiewania „Nie ma niczego, co mnie tu trzyma” Malusi 3 cylindrowy silnik spalił cały olej. Co za ironia losu. Jednak jest coś co mnie tu trzyma. Trudno, muszę się jakoś stąd wydostać a czas mój jest ograniczony. Numer do wypożyczalni już mam w dłoni, w słowniku wpisuje słowa których będę zaraz potrzebować. Miejsce w którym się znajduję już mam zapisane.

Uwaga dzwonię

Mój samochód nie działa, mój lot za 2 godziny. Ja 2 km od lotniska Musicie mnie zabrać Następny raz gada z tobą mój prawnik. O dziwo, bez zbędnych pytań zostałem poproszony o miejsce w którym się znajduję. Po 10 minutach przyjechali we dwóch. Pierwszy zrobił rundkę dookoła auta, uderzył odstający zderzak, że ten wpasował się lepiej i powiedział: Ok, my jedziemy na lotnisko a kolega zajmie się samochodem. Za 10 minut stałem w kolejce po swoją kaucję. Cały zlany potem. Przyzwyczaiłem się, że tu pada deszcz co 20 minut. Nie tego dnia. Wszystko poszło sprawnie, do lotu tak naprawdę miałem jeszcze ponad 3 godziny. Usiadłem przed budynkiem lotniska i się opalałem w słońcu Lizbony, wymieniając się fotkami z zaśnieżonej Polski ze znajomymi. Było mi naprawdę smutno w tym momencie, że muszę dalej. Wystawiam twarz do słońca zastanawiając się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *