Niedziela 18 Lutego 2018

Budzę się w Atenach. Sam, z plecakiem ważącym ok 10 kilogramów. Cieszę się niezmiernie na to, co mnie tutaj spotka. Wstać nie udało się skoro świt, udało się po godzinie 8. Jak się okazało, to wystarczająco wcześnie, by zastać Ateny jeszcze we śnie.

Opuszczam swoje lokum, nie było tak źle. Włączam google maps – azymut Akropol. Przemierzam niezbyt czyste ulice miasta, dość często muszę omijać coś podejrzanie wyglądającego, oraz sprawdzać ile wytrzymam na bezdechu. Może to kwestia lokalizacji mojego hostelu?

Docieram do punktu widokowego, tam wyciągam aparat, wdrapuje się na skały, zaczyna być cudownie

Ustawienia aparatu dostosowane do pogody, cziluje w tym miejscu dobrą chwilę. Postanawiam ruszyć dalej pod Akropolis.

Wrzucam obiektyw do plecaka. Ruszam. Jakaś dziewczyna, na oko w moim wieku pyta mnie o drogę na Akropol. Wtedy nie wydawało mi się to dziwne, choć jak myślę z perspektywy było to raczej pytanie gdy stoimy na parkingu Tesco i ktoś pyta

,,Przepraszam gdzie tu jest jakiś supermarket”

Ja wzbraniam się bardzo mocno by nie rozmawiać po angielsku gdyż w ten czas mocno się wstydzę nim posługiwać ale moja rozmówczyni proponuje jeszcze niemiecki lub hiszpański. O dziwo na pstryknięcie palca przechodzimy na niemiecki i ustalamy że tu wszystkie drogi do góry będą prowadzić na Akropol i postanowimy go razem poszukać.

Ów towarzyszka okazuje się hiszpanką. Nazywa się Raquel i ostatnie pół roku spędziła na Malcie, gdzie uczyła się angielskiego. Rok poprzedni w Berlinie na Erasmususie studiując dziennikarstwo.

Szczerze mówiąc, byłem nią oczarowany, mi nigdy nie przeszło przez myśl: Hej, może wyślę moje CV na Maltę popracuję w knajpce przecież to świetny sposób na naukę języka. Wracając do domu wstąpię do Aten, bo to właściwie po drodze. Jak wrócę to akurat zrobię magistra.

Śmiejemy się, chodzimy od zabytku do zabytku. Ona udaje, że przeniosła się do czasów antycznych i wymachuje wyimaginowanym mieczem. Wszystko dzieje się tutaj na wzgórzu Akropol w piękny słoneczny poranek 18 LUTEGO😀 Pomyśleć że jeszcze wczoraj dopadła mnie śnieżyca na lotnisku w Monachium.

Akropol

Spędzamy razem przedpołudnie, pijemy kawę, z rozmowy wychodzi że, Raquel z jest z Barcelony i oboje w środę tam lecimy. Tylko innymi drogami. Żartujemy że będzie moim przewodnikiem po Barcelonie 🙂 Jak się okazało wcale nie był to żart, o tym innym razem. Raquel zagubiła swój dowód, musi do hostelu, obiecujemy się jeszcze zobaczyć. Nagle wszędzie zrobiło się tłoczno. Przeciskam się do hostelu wziąć prysznic, myśląc o tym co mnie w nim jeszcze zadziwi.

Kilka strzałów z drogi powrotnej do hostelu. Tam była naprawdę Nokia 3310 do sprzedania.

Jak się szybko okazuje, jeszcze mało w życiu widziałem. O 12 melduje się w hostelu. Na recepcji są osoby podobne mi, sprzątaczka i ci, którzy opuszczają hostel. Brakuje tu kogoś. Domyślacie się? Obsługi. Czekam około godziny by zjawił się recepcjonista, po 30 minutach rozmowy z sympatyczną sprzątaczką, która okazała się Polką, udaje mi się zameldować. Idę wziąć prysznic.

Uwierzcie mi, czegoś takiego nie widziałem, chyba już też więcej nie zobaczę. Wyobraźcie sobie pomieszczenie wielkości kabiny prysznicowej. Od podłogi po sufit wykafelkowane. Ze ściany wystają pozostałości po słuchawce prysznicowej. Żeby było śmiesznie, na drzwiach jakieś 40 cm ode mnie, wieszaki na ciuchy, oczywiście żadnej zasłonki. Tak, żeby cokolwiek ostało się coś suche, trzeba to zostawić za drzwiami. Co jest za drzwiami? Korytarz i drzwi od innych pokoi. Ogarnąłem się tak szybko, jak było to możliwe. Wyrzuciłem zbędny bagaż z plecaka i pognałem eksplorować miasto

Po ponownym wyjściu nie dane było mi już spotkać Raquel. Było mi trochę smutno, bo tak ciekawej osoby nie zdarzyło mi się spotkać w życiu. Ale mieliśmy się widzieć w Barcelonie. Zobaczymy, fajnie by było.

W drugiej części dnia udałem się na Stadion Panatenajski

i metę maratonu w Atenach w jednym oraz pod piękny budynek biblioteki. Za każdym razem nie chciało mi się opuszczać tych miejsc. Są przepiękne, majestatyczne, dumne.

Z racji tego, że jestem „biegaczem” stadion zrobił na mnie ogromne wrażenie, oczami wyobraźni już widziałem tam siebie wbiegającego na metę i pełen stadion, który wrzeszczy. Jest to chyba najlepiej zachowany zabytek w Atenach. Jest to chyba jedyna rzecz w Atenach, która działa w 100 procentach. Przeżycie niesamowite. Obok znajduje się również muzeum, które jest warte odwiedzenia. Wejście kosztuje 5 euro.

Przyszedł czas pożegnać się z tym miejscem, choć przyznać muszę że robiłem to bardzo niechętnie, podpisałem się w księdze gości z dopiskiem, że wbiegnę tam jeszcze na metę.

Zrobiła się noc, trzeba było położyć się spać. Uwaga Uwaga. Rewelacje z hostelu. Ateny leżą na tyle na południe, że nie znają tam czegoś takiego jak ogrzewanie centralne. Jak mówiłem, 18 lutego temperatura podchodziła pod 20 stopni. Jednak noce bywają zimne. U mnie w hostelu każde łóżko miało matę elektryczną na materac. Zdziwicie się jak powiem, że nie ?

Ateny cz.3

Ateny cz.1

4 komentarze

  1. Bartpackerze cała nasza wieś z niecierpliwieniem czekała na Twój wpis. To już jakieś 3 lata jak wyjechałeś i nie ma komu sypać chodników piaskiem w Jarkowicach. Przyjedź chociaż latem na jagody. Pozdrawiam Twój Somsiad

    Somsiad z Jarkowic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *